Tej serii nigdy za dużo. Tym razem komiksowi bohaterowie Asterix i Obelix poznają równie nieustraszonych co oni ludzi Północy. Historyjka urocza, poprawnie zrealizowana i zabawna.
Nieznający strachu Wikingowie chcą się bać, aby móc latać, jak opacznie zrozumiał to ich wódz z ust czarownika-oszusta. Muszą zatem złapać największego tchórza, aby wyjawił im „tajniki strachu”. Okazuje się, że idealnym kandydatem jest Trendix – bratanek wodza Galów. Porywają zatem tego zniewieściałego, mieszczańskiego chudzielca, który odważny jest tylko w tańcu, aby pokazał im, jak się lata. Asterix i Obelix mają za zadanie uratować go, ale sytuacja się komplikuje, kiedy Trendix poznaje Abbę – córkę wodza Wikingów.
Twórcy najdroższej - jak krzyczą plakaty reklamowe - animacji europejskiej nie próbują nawet na chwilę odejść od głównego założenia tej produkcji czyli rozbawienia najmłodszych. Mocno trzymają się schematu, ale potrafią przyjemnie snuć opowiadanie, w którym przeszłość i teraźniejszość dzieją się w tej samej chwili. Pełna humoru tradycja galijskiej prowincji i równie ironiczne przedstawienie kultury północnej współgrają z muzyką rapową, mieszczańsko-clubbingowym wychowaniem i pierwszym telefonem komórkowym (wprawdzie organicznym) – ptakiem Esemesixem.
W realizacji film Stefana Fjeldmarka i Jespera Møllera nie ma żadnych wad. Lekki, przyjemny w odbiorze, z dawką humoru, która dzięki swojej dwuznaczności rozbawi zarówno dzieciaka jak i jego rodzica (w tym również zasługa niezastąpionego Bartka Wierzbięty – twórcy polskiej listy dialogowej). Dobrze spisali się także podkładający głosy w dubbingu Mieczysław Morański (Asterix), Wiktor Zborowski (Obelix), Maciej Stuhr (Trendix) i Doda Elektroda (Abba).
„Asterix i Wikingowie” to najlepszy film animowany tego półrocza. Nie ma w nim shrekowskich naleciałości, które zaczęły już nużyć, a dzięki fabularnej spójności jest dynamiczny, kunsztowny i, co najważniejsze, celny. Bo przecież o zadowolenie najmłodszych tu chodzi.
Paweł Urbanik