Świetny pomysł, słabe wykonanie. Dramat akcji "Hancock" zapowiada się na zabawny i inteligentny film odwracający utarte schematy gatunku: Superman jest gburowatym pijakiem; nie ma drugiego życia, swojej spokojnej drugiej połowy, tylko wycięty jest z jednego kawałka; społeczeństwo nie traktuje go jak bohatera (choć na to zasługuje), ale jak wroga publicznego.
Przez pierwszą godzinę "Hancock" całkowicie spełnia początkowe obietnice: jest pomysłową i dowcipną mieszanką kina akcji i satyry na wszechmoc PR (Public Relations), filmem i efektownym, i niegłupim, niecofającym się zarazem przed naruszaniem zasad politycznej poprawności. Niestety, w dwóch trzecich następuje absurdalny, katastrofalny w skutkach zwrot akcji, po którym "Hancock" traci wszystko - kierunek, nastrój, wdzięk i sens. Dawno nie widziałem czegoś tak dokładnie schrzanionego.
Są na świecie bohaterowie... super-bohaterowie...i jest Hancock (Will Smith). Duża władza wiąże się z dużą odpowiedzialność i wszyscy o tym wiedzą... Wszyscy z wyjątkiem Hancocka. Wiecznie podirytowany, skonfliktowany z otoczeniem, sarkastyczny i nierozumiany może i ratuje życie wielu osób dzięki swoim popisom, zawsze jednak pozostawia po sobie spore zniszczenia. Mieszkańcy Los Angeles mają tego dosyć - chociaż cieszą się, że mają swojego miejscowego bohatera, zastanawiają się, jednak, co takiego zrobili, że zasłużyli właśnie na Hancocka.

Mężczyzna zupełnie nie troszczy się o to, co myślą o nim inni - aż do dnia, w którym ratuje życie szefa ds. PR Raya Embreya (Jason Bateman). Wtedy właśnie, zgryźliwy super-bohater zaczyna zdawać sobie sprawę, że może posiada jednak tę drugą, wrażliwą stronę osobowości. Stawienie temu czoła może być największym wyzwaniem Hancocka, żona Raya, Mary (Charlize Theron), twierdzi bowiem, że jest on nieuleczalnym przypadkiem.
Pomysł na film był brawurowy - zrobić z superbohatera antypatycznego lumpa. Niestety, twórcom zabrakło wyobraźni, jak ten temat rozwinąć. Reżyser Peter Berg nie wiedział, co zrobić z tak zarysowaną fabułą i wpadł na pomysł najgorszy z możliwych – połączył komediową intrygę z bombastycznym melodramatem.
Z tego powodu scenariusz się rozłazi. W drugiej części "Hancock" jest efektownym kinem akcji (zdjęcia - Tobias Schliessler, efekty wizualne - John Dykstra, efekty specjalne - John Frazier), ale dramaturgia siada. Zamiast rosnącego napięcia mamy kiełkujący romans. Znika humor i ironiczny dystans. Pojawiają się patetyczne wyznania o miłości i sile przeznaczenia.
Ostatecznie Hancock kończy tak, jak tuzinkowy superbohater – wciśnięty w obcisły trykot musi bronić Ameryki przed złem. Choć odziedziczył imię i nazwisko po amerykańskim patriocie, który jako pierwszy złożył podpis pod deklaracją niepodległości, to z bohaterem narodowym nie ma nic wspólnego. Cierpi na amnezję. Nie pamięta swojej przeszłości, ale ma nadludzką moc.
Mimo to do panteonu herosów w typie Supermana też nie pasuje. Jest opryskliwym Afroamerykaninem. Nosi powyciągane, brudne ciuchy. Nie rozstaje się z butelką whisky, więc do akcji zwykle rusza pijany.
Berg i spółka zaproponowali nam wyluzowanego superbohatera na kacu, który nie bardzo ma ochotę zająć się dziejową misją. Nam zwykłym ludkom taki heros też nie jest do niczego specjalnie potrzebny.
Michał Korpalski & Max