Mumio nie trzeba nikomu przedstawiać. Ich telewizyjne spoty namieszały
nie tylko na rynku reklamowym, ale też już na trwałe wpisały się w krajobraz polskiego
podwórka popkulturalnego. Trudno więc się dziwić, że premiera pierwszego filmu
autorstwa jednego z członków kabaretu – Jacka Borusińskiego – była tak długo
wyczekiwana i tak gorąco komentowana. Każdy zadawał sobie pytanie – „czym okaże się filmowy debiut Mumio?".
Niestety, wbrew oczekiwaniom i zapowiedziom, nie okazał się niczym
wielkim. Zawiedzeni mogą poczuć się zarówno ci, którzy spodziewali się
po "Hi way" drugiego "Rejsu", jak i ci, którzy szli do kina z nadzieją
na oglądnięcie "dłuższej i jeszcze śmieszniejszej wersji" chociażby
"kopytka".
Owszem, parę skeczy zasługuje na zapamiętanie i naprawdę bawi, ale i
tak nie sądzę, aby cytaty z tego filmu krążyły długo (o ile w ogóle
będą) wśród naszego społeczeństwa, jak chociażby wspomniane już
"kopytko". Inna sprawa, że reżyser wielokrotnie podkreślał, że "Hi way"
absolutnie nie jest przedłużeniem reklamowej działalności Mumio.
Niestety nie da się od tego uciec Panowie. Te same gesty, mimika,
spojrzenia, często nawet podział ról - porównań ze spotami nie sposób
uniknąć.
Wiele osób zarzuca filmowi brak linearności i praktycznie całkowity
zanik fabuły. Faktycznie, fabułę streścić trudno – oto dwójka dziwnych
filmowców (o równie tajemniczych imionach Jaco i Pablo), udaje się do
rezydencji podmiejskiego bogacza, aby nakręcić z nim bliżej
nieokreślony materiał filmowy (wywiad , a może film o nim? – tak
naprawdę tego nie dowiemy się nigdy). Próba ta okazuje się totalną
pomyłką i porażką, a skompromitowani filmowcy udają się w podróż
powrotną (?), którą umilają sobie wymyślaniem coraz to nowych
scenariuszy, które w przyszłości będą razem realizować. Panowie
nakręcają się nawzajem i wkrótce granica między rzeczywistością a
szalonymi historyjkami zaciera się zupełnie.
Brak spójnej fabuły to jednak nie największy minus "Hi way" - kino
podszyte abstrakcją i nonsensem całkiem dobrze sobie radzi o ile jest
zrobione naprawdę wprawną ręką. Panu Borusińskiemu wyraźnie tej
sprawności zabrakło. To co razi najbardziej, to przede wszystkim
nachalne wręcz nawiązywanie do "Rejsu" i niemalże kopiowanie stylistyki
kultowego obrazu Marka Piwowskiego. Niestety, ani dobór naturszczyków
nie tej klasy co w "Rejsie", ani tym bardziej tematyki. A może po
prostu czasy już nie te?
Całość wydaje się zatem nie tylko nie spójna, ale też zupełnie
niepotrzebna - ciężko mi znależć odpowiedź na pytanie, po co w ogóle
powstał ten film. I wbrew peanom co poniektórych krytyków, nie
próbujcie doszukiwać się w "Hi way" drugiego dna. Jego zwyczajnie tam
nie ma. A żeby to stwierdzić, wystarczy zobaczyć film tylko raz (nie
sugerując się hasłem reklamowym).
Szkoda, że tak wyszło, bo potencjał Mumio ma ogromny, co zresztą
wyraźnie widać, w tych nielicznych, udanych scenach z "Hi way". Jedno
jest pewne - sukces kasowy i tak murowany, bo sale kinowe pękają w
szwach - każdy chce się naocznie przekonać jak wypadł filmowy debiut
Mumio. Ale to jedyny sukces jaki wróżę "Hi way". Niestety...
Magdalena Folta