Jeśli duńska komedia absurdu to Anders Thomas Jensen. Człowiek tysiąca pomysłów, filmowa instytucja, która regularnie podbija serca Skandynawów. Jego „Jabłka Adama” zachwyciły widzów Warszawskiego Festiwalu Filmowego.
Co smutne, bez nagrody publiczności na tym festiwalu, premiera filmu w Polsce zapewne by się nie odbyła. Co niezrozumiałe, mimo tak częstych pogłosek o popularności w naszym kraju kina skandynawskiego, produkcji z północnej części Europy jest w polskich kinach jak na lekarstwo. Miejmy nadzieję, że się to zmieni, bo warto śledzić twórczość takich reżyserów jak Hans Petter Moland, Per Fly, Susanne Bier, Petter Næs czy właśnie Anders Jensen. Ten ostatni choć nie często reżyseruje, to jest autorem lub współautorem scenariuszy większości najważniejszych duńskich filmów ostatnich lat.
„Jabłka Adama” to kolejna po „Błyskających światłach” i „Zielonych rzeźnikach” absurdalna komedia i dopiero trzeci pełnometrażowy film fabularny w dorobku reżysera. Laureat Oscara za krótkometrażowy „Valgaften” uzbrojony po pachy w ironię i cynizm uderza w fundamenty odwiecznych traktatów filozoficzno-teologicznych z Biblią na czele. Jak na umyślnie czyni to obywatel kraju, którego kultura wyrastała z surowego pietyzmu i filozofii Sørena Kierkegaarda.
Na prowincjonalną plebanię przybywa w ramach resocjalizacji neonazista Adam (Ulrich Thomsen). Pastor Ivan (Mads Mikkelsen) zleca mu upieczenie szarlotki z parafialnych jabłek, zerwanych w określonym dniu. Po pewnym czasie Adam dostrzega, że pastor i jego podopieczni – alkoholik Gunnar (Nicolas Bro) i terrorysta Khalid (Ali Kazim) nie są do końca normalni. Kiedy jabłonkę zaczynają atakować ptaki i robactwo, między Adamem a Ivanem rozpoczyna się zagorzała dyskusja na temat dobra i zła, motywów działań Boga i Szatana oraz pozycji człowieka między tymi dwiema siłami.
Jensen tworzy wyizolowany świat, w którym ścierają się dwie perspektywy – dogmatyczna i racjonalnej interpretacji. Ivan (po przestawieniu liter to naiv czyli naiwny) uważa, że wszystkie wypadki i wszechobecne zło są dziełem Szatana. Adam burzy jego duchowy świat, przyjmując za dowód Księgę Hioba i wmawiając, że to Bóg czyni zło, aby wystawić na próbę swoich wyznawców. Przewrotnie usprawiedliwia tym samym własną ideologię i jej historyczne dokonania. Szybko jednak okazuje się, że za ścianami niepozornego kościółka kryją się dramatyczne doświadczenia. Ivan ucieka od przeszłości, żyje między pozorami, wmawiając sobie i innym „dogodną prawdę”. Zatem jego naiwność bierze się bardziej ze strachu niż zaślepienia. Wbrew twierdzeniom Kierkegaarda jego istnienie przed Bogiem oddaliło go od siebie samego, albo odwrotnie chciał uciec od siebie i z zamkniętymi oczami zbliżył się do Boga. Podobnie jest z Gunnarem, który nieustannie chleje i Khalidem napadającym na stacje Statoil, czemu nadaje rangę zemsty na Duńczykach za to, że zabrali niegdyś ziemię jego ojcu (nie jest jednak świadomy, że to norweska firma).
Świetnie zrealizowane „Jabłka Adama” robią duże wrażenie lekkością i bezkompromisowością własnej niby-teologicznej niby-rozprawy. Jensen zręcznie operuje humorem i dramatem, nie wpływając tym samym na nasze zdystansowane podejście. Śmieszy, ale momentami również uszczypie. Bardzo dobry scenariusz i rewelacyjna obsada gwiazdami duńskiego kina to atuty tego filmu. Dzięki wachlarzowi możliwości interpretacyjnych jest on inteligentną rozrywką, która nie odwiedzie nas jednak od refleksji nad każdym z bohaterów w kontekście biblijnej symboliki, religijnych traktatów i wielu dyskusyjnych tez na temat dobra i zła. Mimo wszystko zastanawiam się, na ile takie bezpieczne ustawienie się po środku (między powagą a śmiesznością, intelektualizmem a efektownością pomysłów), przynosi jakieś konstruktywne rozwiązanie w indywidualnym procesie poznania. Obawiam się, że żadne. I to jest jedyna usterka „Jabłek Adama”. Pozostają po prostu swobodnie latającym cyrkiem Andersa Jensena.
Paweł Urbanik