Pomysłom Jana Kolskiego nadal nie brakuje magii, prostoty i piękna. Tym razem dotyczy to klasztornej przypowieści, która nie bez powodów przypomina butelkę perfum. Tak bajecznie słodkich, że aż mdlących.
Klasztor w Błękitnym Jaśminowie kryje niezwykłe tajemnice. Zamieszkuje go trzech braci, którzy wydzielają zapachy śliwy, czereśni i czeremchy. Nieodparta pokusa dla tutejszych mieszkańców, ciekawe zjawisko dla przejezdnych. Problem w tym, że „perfumy w habitach” żyją w zupełnym odizolowaniu, a opiekuje się nimi poczciwy brat Zdrówko (jak zawsze rewelacyjny Janusz Gajos) – wierny sługa św. Rocha. Kiedy w klasztorze pojawia się konserwatorka obrazów Natasza (Grażyna Błęcka-Kolska) ze swoją córką Gienią (Wiktoria Gosiewska), życie mnichów wywraca się do góry nogami.
To co czyni twórczość Kolskiego tak stylistycznie zindywidualizowaną, pełną religijnej pokory i akceptowalnej metafizyki, tkwi w jego talencie przekładania franciszkańskiej filozofii na język filmu. Zewnętrzny ascetyzm osobowościowy bohaterów ustępuje ukrytej wyjątkowości i wewnętrznemu bogactwu, przyziemna prostota staje się niebiańskim błogosławieństwem, a dramaty godzą się z radosnymi chwilami. Tak też jest w „Jasminum”, a jednak trudno się do niego przekonać.
W poprzednich filmach Kolskiego problematyka miała swoje dopełnienie między wierszami, tu jej dosłowność i filozoficzna płycizna rażą. Chwilami miałem wrażenie, że reżyser traktuje mnie jak dziecko, któremu należy tłumaczyć wszystko, co dzieje się na ekranie. Choć zabawne są sceny ze Zdrówkiem i Gienią, nie trzeba długo czekać, aby poczuć znużenie. Ta zapachowa przypowieść otoczona zewsząd nadprzyrodzonymi siłami i ludzkim niespełnieniem, naiwną treścią i do bólu wypieszczonym obrazem jest tylko kopią fenomenu twórczości Kolskiego. W swojej prostocie zachłysnęła się banałem i otarła o pretensjonalność.
Paweł Urbanik