Tom Cruise do drugiego sequela "Mission: Impossible" przygotowywał się przez prawie dwa lata. Rolę reżysera postanowił powierzyć J.J Abramsowi(twórcy kultowego już serialu "Zagubieni") - absolutnemu debiutantowi, dla którego miał być to pierwszy kontakt z kinową produkcją i to od razu o superprodukcyjnym budżecie(bagatela 150 milionów dolarów). W kwestii obsady Cruise pozostawił wolną rękę Abramsowi, który zamierzał wybrać aktorów mniej znanych, za to charakterystycznych i zapadających w pamięć. Dlatego bez wahania zdecydował się zaangażować Philipa Sey -moura Hoffmana do roli bezwzględnego handlarza bronią, zabójczo piękną Azjatkę Maggie Q i Irlandczyka o androgynicznej urodzie - Jonathana Rhysa-Meyersa. Ponadto obsadę uzupełnili - występujący w dwóch poprzednich częściach - Ving Rhames, znany z serii "Matrix" Laurence Fishburne a także Keri Russel, z którą Abrams współpracował już przy okazji serialu "Felicity". Tak zróżnicowana obsada zwiastowała interesujący efekt, a oczekiwania co do filmu wzrosły, w szczególności po rozczarowaniu jakie przyniosła część druga.
Film jak na Abramsa przystało zaczyna się niepokojąco - od sceny przetrzymywania Hunta, który jednocześnie jest poddawany istnemu testowi na wytrzymałość psychiki. Od razu zastanawiamy czym to jest - przyszłością? Wspomnieniem? Senny koszmarem? Nie dowiemy się tego za prędko, bo akcja szybko przenosi się w inny punkt historii, a w nim Ethan Hunt właśnie zaręczył się z piękną Julią(Monaghan) i nie w smak mu kolejne misje. Zresztą od dawna w agencji IMF(Impossible Mission Force) jest już tylko instruktorem przekazującym swoją wiedzę rekrutom. Jednak "ciągnie wilka do lasu" i gdy jedna z jego byłych najlepszych uczennic - Lindsay - zostaje schwytana podczas akcji, Ethan decyduje się powrócić do czynnej służby, by podjąć się próby jej odbicia. Lindsay szpiegowała niejakiego Owena Deviana - super niebezpiecznego handlarza bronią - co jeszcze bardziej utrudni sytuację a Ethanowi przyjdzie zmierzyć się z nim osobiście...
Mission Impossible III to wciąż kino akcji na wysokim poziomie z masą technologicznych gadżetów, strzelanin i pościgów. Abrams z Cruisem chcieli powrócić do tajemniczego i nieco mrocznego klimatu części pierwszej i mimo, iż Cruise dwoi się i troi na ekranie, końcowy efekt nie jest w pełni zadowalający. "M:I III" ma fabułę, jak na swój gatunek, zbyt przewidywalną i mimo starań twórców, aby ją odpowiednio skomplikować, zbyt rzadko mamy wątpliwości czy Huntowi i spółce uda się przeżyć, wykonać zadanie i ocalić świat od złego. Faktem jest, ze film ogląda się na jednym oddechu, lecz po pewnym czasie drażniące staje się skupienie właściwie całej akcji bez przerwy na Huncie. A przecież pozostali zaangażowani aktorzy to nie jakieś tam aktorskie tło, lecz odtwórcy już z całkiem niezłym dorobkiem i aż chwilami prosi się o o mały odpoczynek dla widza - zmęczonego ciągłym wodzeniem wzrokiem za Cruisem. Szczególnie, że w serialowym pierwowzorze akcja rozdzielona była między cały zespół agentów i 40-lecie pierwszego telewizyjnego odcinka "M:I" było jednym z najlepszych momentów, aby choć odrobinę do tego powrócić, oddając tym samym hołd pierwowzorowi. W filmie za to pojawia się wiele nawiązań do poprzednich obrazów, jak choćby - już standardowe - maskowe przebieranki czy słynny zjazd po linie z części pierwszej. Fani serii na pewno uznają to za smaczek, inni natomiast - jednak za pewną wtórność.
Przekleństwem sequelów jest porównywanie ich do poprzednich obrazów. W tej sytuacji cześć pierwsza postawiła tak wysoko poprzeczkę, że tak naprawdę nie widać jasno czy kolejnym filmom udało się ją osiągnąć. Co natomiast zmieniło się w porównaniu z I i II? Cruise nie stara się już czarować widzów wiecznym uśmiechem i swą chłopięcą aparycją. 44-letni aktor zdaje się być bardziej dojrzały - czego też wymagała jego rola - mężczyzną, który wyszumiał się już za młodu i, choć trwało to trochę, jest gotowy się ustatkować i zająć bardziej przyziemnymi sprawami jak rodzina czy własny dom. Choć oczywiście w obrazie nie brakuje chwil narcystycznie dowartościowujących Cruise'a(w końcu w dużej mierze to za jego pieniądze powstał film) jak choćby scena z przyjęcia zaręczynowego, gdy niemal wszystkie obecne panie stwierdzają zgodnie że Hunt jest najlepszym, najsympatyczniejszym i najdowcipniejszym mężczyzną globu i najchętniej wszystkie z miejsca wyszły by za niego za mąż. Za to film jest momentami aż zanadto poważny, jakby odrobina lekkiego humoru poprzedniczek gdzieś wyparowała. Może wynika to ze zbytniego wpływu Abramsa, a może z faktu, iż nie chciano, aby film był zbyt podobny do Bonda.
Oczywiście twórcy zostawiają sobie furtkę do kręcenia kolejnego sequela, jednak czy to nastąpi trudno obecnie ocenić. Wiele zależy tu od poziomu wpływów jaki MI III osiągnie, lecz być może sam Tom Cruise zdaje sobie sprawę, że przyciągnięcie po raz czwarty widzów do kin na swój teatr jednego aktora, może być dla niego najtrudniejszym mission impossible.