Odpowiedź na podstawowe pytanie o dzieło artystyczne, czyli o czym jest, w przypadku najnowszego filmu Neila Jordana „Śniadanie na Plutonie” jest niewystarczająca. Bo powiedzenie, że Jordan mówi o potrzebie wolności, tolerancji, akceptacji i szukaniu sensu, po pierwsze film spłyca, a po drugie jest na tyle niewyraziste i banalne, że pasuje do sporej ilości produkcji kinowych. Z drugiej strony wszystkie wymienione tu tematy w „Śniadaniu” są poruszane, tylko w zupełnie inny od standardowego sposób, nieco wywrotowy, prowokacyjny, trochę postmodernistyczny, ale przede wszystkim prawdziwy.
Historia rozgrywa się na południu Irlandii w latach 70., czyli u zarania wszelakich rewolucji, tych politycznych, i tych obyczajowych. Obie części przemian łączy reżyser „Gry pozorów” w bardzo sprawny sposób, każąc im się przenikać i dopełniać. Choć z pozoru główne miejsce w filmie zajmuje opowieść indywidualna, nieodłącznie towarzyszy jej tło polityczne, walka o wolność Irlandii. W wymiarze mikro, główny bohater/bohaterka też walczy o wolność, tyle że własną.
Patrickowi od małego było bliżej do kobiety niż do mężczyzny. Dlatego z chęcią przebierał się w sukienki, malował i udawał kogoś, kim biologicznie być nie mógł. Przeszkodą był też dom zastępczych rodziców, konserwatywnych prowincjuszy. Patrick ma jednak takie usposobienie, że nie zraża się niepowodzeniami. Podkreślane jest przez twórców filmu pokrewieństwo bohatera z Kandydem, który napotykając powody do załamania i pesymizmu, nadal wierzy, że jest odwrotnie. W przypadku Kici, bo tak każe się nazywać Patrick przemieniony w kobietę, wiara ta opłaci się, podróż okaże się celowa i doprowadzi do pogodzenia ze sobą i światem. Nie ma w dziele Jordana klasycznego kompleksu Portnoya, „inny” o inność się nie obwinia, wprost przeciwnie, idealnie pasuje do tego, co w latach 70. ma swój początek: wyzwolenia seksualnego i obyczajowego.
Podzielona na liczne, ponumerowane i zatytułowane epizody opowieść Jordana, jak żadna inna każe wytężać wzrok. Genialny Cillian Murphy, odtwarzający postać Kici, wydobywa z postaci wszystko, co powinna ona zawierać. Transwestyta pewny siebie, zarazem naiwny, kruchy, ale docierający do końca podróży. W tle wojna Irlandczyków na śmierć i życie (innej wojny wszak nie ma), a do tego muzyka wspomnień: „Children of the revolution”, Les girls”, „Sugar baby love”. Wszystko to sprawia, że „Śniadanie na trawie” ogląda się z uśmiechem na ustach, czasami przerażeniem, a przede wszystkim nadzieją, że wiara Patrick-Kici nie zostanie złamana, bo to także nasza wiara.
Micha? Go??biewski