Produkcja "World Trade Center" Olivera Stone`a oparta jest na faktach i przedstawia historię dwóch dzielnych oficerów policji, którzy spieszyli z pomocą ludziom uwięzionym w jednym z wieżowców WTC. John McLoughlin i William Jimeno to prawdziwi bohaterowie z 11 września 2001 roku. Po zawaleniu się pierwszej wieży obaj policjanci znaleźli się w pułapce z gruzu, betonu i żelastwa.
Historia opowiedziana jest w bezpośredni sposób. Oliver Stone zaprezentował wzruszającą wersję z podziwu godną rezerwą. "World Trade Center" to taki film o 11 września, którego widzowie teraz potrzebują. Jest pozbawiony politycznych kontrowersji, w przeciwieństwie do wielu poprzednich dzieł reżysera. Ten obraz celebruje więzi, które nas łączą, związki, które pozwalają nam żyć dalej, oraz dobro, które jest odpowiedzią na horror tego dnia.
Pięknem tego filmu jest to, że jego scenariusz niesie nadzieję.
Akcja dzieje się w WTC podczas zamachu terrorystycznego z 11 września 2001 roku. Bohaterami obrazu są dwaj policjanci (w tych rolach Nicolas Cage i Michael Pena), pracownicy Port Authority, którzy próbowali ratować ludzi wydostających się z płonącego WTC, aż do momentu, w którym sami zostali uwięzieni w jednej z zawalonych wież.
Jako hołd składany tym, którzy 11 września przeżyli i zginęli w WTC, film Stone`a sprawdza się w swojej drobiazgowości i uczciwości znakomicie. Trudno uznać go jednak za odkrywczy i nowatorski. To obraz bardziej sentymentalny, niż wzbudzający przerażenie i nie dający spokoju.
Nie udały się spektakularne, wykreowane cyfrowo zdjęcia płonących wież WTC. Są znacznie mniej gwałtowne, mniej niepokojące niż prawdziwe, przerażające zapisy wideo. Oglądając ten film miałem wrażenie, że oglądam inscenizację, której akcja rozgrywa się w niewystarczająco zdewastowanych okolicach Miejsca Zero, a aktorzy odgrywający tu główne role przyjmują to przerażające doświadczenie z dość szlachetną desperacją.
Przez skupienie się na przeżyciach tylko dwóch z dwudziestu osób, którym udało się wyjść cało z wież WTC, Stone uzyskuje potężny ładunek emocji i podnoszące na duchu zakończenie. Próba opowiedzenia o wszystkich innych, w moim przekonaniu zakończyłaby się powstaniem filmu wywracającego wnętrzności, praktycznie nie do oglądania.
"World Trade Center" nie jest jednak najlepszym dziełem Olivera Stone`a - ma słabsze momenty, w których napięcie opada. Momentami razi brak dramatyzmu oraz fakt, iż niespodziewanie Stone skupia się na konwencjonalnym dodaniu otuchy i wykreowaniem "happy end`u". Będąc opowieścią o przetrwaniu "World Trade Center", niestety, pachnie Hollywoodem.
Stone pokazuje ujęcia przerażonego Nowego Jorku i zakrwawionych ludzi uciekających z płonących wież. Ale to są tylko migawki. Twórcy skupiają się na tym, co dzieje się w ciemnościach, wśród żelastwa, gdzie na ratunek lub śmierć czeka dwóch ludzi. Pokazują też ich rodziny (Maria Bello i Maggie Gyllenhaal w rolach żon).
Ale właściwie tragedia 11 września jest tylko pretekstem. Taki film mógłby opowiadać o górnikach uwięzionych w podziemiach zawalonej kopalni albo o ofiarach trzęsienia ziemi. W "World Trade Center" Oliver Stone stosuje wszystkie chwyty hitowego, amerykańskiego kina. I dorzuca szczęśliwy koniec, który ta historia ma tylko w Hollywood.
Najnowsze dzieło utalentowanego reżysera wywołuje mieszane uczucia - od wzruszenia i łez po brawa, a nawet gwizdy. Film - choć poruszający i dobrze zrealizowany - nie jest przekonujący jako połączenie dokumentu i fikcji.
Trzeba go jednak obejrzeć bo to ważny film. Opowiada o zwykłych ludziach, których dotknęły zamachy. Nie ma tutaj bohaterów, są tylko normalni ludzie. Bo tylko ludzkie serce pomaga przetrwać tam, gdzie polityka dzieli.
Michał Korpalski & Max